Dzisiaj mamy: Niedziela 23.09.2018

Ławeczka upamiętniająca postać Wiktora Osiatyńskiego

amdIwozlEPomysł ufundowania kolejnej ławeczki w Rosarium chorzowskiego Parku Śląskiego z tego co wiem, narodził się – nie licząc mojej skromnej osoby – przynajmniej w trzech innych głowach. Pomysł ten, jak się później okazało, pojawił się u tych osób 29 kwietnia 2017 roku, po przykrej wiadomości, że po ciężkiej chorobie w wieku 72 lat zmarł Wiktor Osiatyński. Odszedł do Boga, którego nie rozumiał, ale którego usilnie poszukiwał przez całe swoje życie.

Oczywiście napisanie artykułu o Wiktorze na stronę internetową Fundacji Re:born spadło na mnie (no, a niby dlaczego miałoby się stać inaczej). Jak zwykle zgodziłem się, bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, jakie to będzie trudne. Chociaż teraz po napisaniu artykułu, muszę wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy na swój własny sposób, przymusili mnie trochę do tego, bo dzięki nim poznałem kolejnego niesamowitego człowieka.

Postać profesora Wiktora Osiatyńskiego była mi mało znana. Dużo o nim słyszałem, co nieco przeczytałem, wiedziałem o jego zaangażowaniu w propagowanie filozofii AA i pracy na rzecz wprowadzenia w Polsce tzw. Programu Minnessota, pierwszej profesjonalnej terapii łączącej doświadczenia trzeźwiejących alkoholików, będące owocem stosowania przez nich Programu 12 Kroków z wiedzą psychiatryczną, psychologiczną i – co udało się zrobić tylko w Stanach Zjednoczonych – teologiczną . Pisząc wcześniej o Williamie G. Wilsonie , było mi dużo łatwiej, bo w swoim czasie dosyć dogłębnie przestudiowałem jego życiorys, z którym notabene bardzo się utożsamiłem, jak i szczegółowo zapoznałem się z jego AA-owską spuścizną. Chcąc więc uczciwie oddać hołd – pisząc ten artykuł – temu bez wątpienia wielkiemu człowiekowi, jakim był profesor Wiktor Osiatyński, moje kompulsywne ego wyrzuciło mi, że wypadałoby zapoznać się z przynajmniej niektórymi pozycjami Wiktora i wysłuchać tego, co miał publicznie do powiedzenia .

Tak więc dopiero przestudiowanie jego Trylogii i innych książek oraz tekstów dotyczących jego trzeźwienia, wysłuchanie jego wywiadów, wykładów i dyskusji, w których często brał udział, ukazało mi postać niezwykłego człowieka, który wzbudził mój ogromny szacunek, ale i refleksję. I chociaż nie było mi dane osobiście poznać profesora Osiatyńskiego (choć gdzieś tam mijaliśmy się na różnych wydarzeniach AA-owskich), śmiało umieściłem go w panteonie moich duchowych przyjaciół zaraz obok Billa Wilsona i św. Ignacego z Loyoli . Równolegle jednak pojawił się też ogromny dylemat, a mianowicie co napisać o człowieku, tak bardzo doświadczonym życiowo, mądrym, aktywnym na wielu polach życia społecznego ale i zarazem bardzo kontrowersyjnym, jednocześnie nie oceniając go, ani nie opowiadając się za, czy przeciw jego poglądom. Zatem pozwolę, żeby Wiktor sam mówił o sobie.

Kim więc był profesor Wiktor Osiatyński?
Urodził się 6 lutego 1945 roku w Białymstoku. Był doktorem habilitowanym prawa, doktorem socjologii, wieloletnim pracownikiem Komitetu Nauk Politycznych PAN, członkiem Komisji Bioetyki PAN, profesorem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (CEU). Wykładał również w Stanach Zjednoczonych, m.in. na Columbii, Uniwersytecie Stanforda oraz Harvardzie. W latach 90. ubiegłego wieku był szefem Centrum Badań nad Konstytucjonalizmem w Europie Wschodniej w Chicago. Był doradcą komisji konstytucyjnych Senatu i Zgromadzenia Narodowego podczas prac nad tekstem nowej konstytucji uchwalonej w 1997 roku, za co został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2011 roku Bronisław Komorowski odznaczył Osiatyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w kształtowaniu zasad demokratycznego państwa prawa i działalność na rzecz umacniania społeczeństwa obywatelskiego”. W 2016 roku był laureatem nagrody Rzecznika Praw Obywatelskich im. Pawła Włodkowica, za działalność na rzecz praw człowieka, Nagrody za Odważne Myślenie im. Barbary Skargi, a wcześniej jeszcze Nagrody im. Jerzego Zimowskiego. Współpracował z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, w której był inicjatorem powstania i członkiem rady Programu Spraw Precedensowych, zasiadał w radzie Fundacji im. Bronisława Geremka, jako zagorzały feminista zakładał Partię Kobiet, a jako niepijący od kilkudziesięciu lat alkoholik zainicjował powstanie w Fundacji Batorego programu Komisji Edukacji w Dziedzinie Alkoholizmu. Wydał kilkadziesiąt książek na temat filozofii politycznej, konstytucjonalizmu, praw człowieka, historii i doktryn politycznych Stanów Zjednoczonych oraz alkoholizmu.

Mimo tak wielu tytułów i zasług w jednym z ostatnich wywiadów z Brygidą Grysiak w kwietniu 2016 roku powiedział, że nie trzeba wymieniać wszystkich jego tytułów i publikacji, a wystarczy powiedzieć, że jest alkoholikiem. A na pytanie dlaczego, odpowiedział:
„Wie pani, bo to jest bardzo ważny element tożsamości. Ja jestem niepijącym alkoholikiem. To mówi bardzo dużo o mnie jako o człowieku, który ma czy miał bardzo poważne problemy z kontrolowaniem własnych emocji, który nie dojrzał na czas, który miał jakąś dziurę w środku – prawdopodobnie w moim wypadku był to niedostatek miłości czy uczuć w ogóle – i który tę dziurę nauczył się zapychać alkoholem. I który w ten sposób żył. To, że jestem alkoholikiem, niepijącym alkoholikiem mówi o mojej osobie, o mojej tożsamości i o mojej wrażliwości. […]Nie chcę się tutaj chełpić, ale są [alkoholicy] może nawet nadwrażliwi. I niepijący alkoholik musi trochę tę nadwrażliwość stępić, bo ona się często przeradza czy przeradzała w drażliwość. To, że jestem alkoholikiem, więcej mówi o mnie niż to, że jestem profesorem albo że jestem pisarzem, czy że inne czapki noszę. Dlatego myślę, że to jest bardzo ważne.”

I za to był ceniony, szanowany, ale i …krytykowany. Za odwagę bycia sobą, za otwartość – niekiedy za zbyt intymną – za wytrwałość w walce z samym sobą, no i za wkład, jaki wniósł w mentalność osób uzależnionych, podejmujących trud wychodzenia z własnych nałogów, szczególnie tych, którzy usiłowali to robić stosując Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. Łamał stereotypy. W komunistycznej Polsce nie pasował do systemu. Profesor i alkoholik?! Publicznie aktywny. Znał języki, często wyjeżdżał za granicę na różne uczelnie, pisał książki i publikacje naukowe. Ówczesna władza próbowała go zwerbować na swoją stronę, jeszcze jak pił, ale jakoś udało mu się z tego wywinąć.

Z alkoholizmu też udało mu się wywinąć, choć to może niewłaściwe słowo. Ze swoimi uzależnieniami dosłownie walczył. Nigdy nie chciał podawać daty zaprzestania picia, choć z Rehabu możemy to wyliczyć – listopad, ewentualnie grudzień 1983 rok. W tym samym wywiadzie tak opisuje ten dzień:
„Daty nie podam, bo nie chcę życzeń "urodzinowych" dostawać. Nie celebruję tego dnia specjalnie. To był dzień, kiedy ostatni raz piłem i potem się jeszcze potwornie czułem parę dni, ale od tego dnia liczymy moją trzeźwość. To był dzień bardzo smutny, bardzo przykry, bo była delirka, potem się zaczęły straszne bóle. To był punkt zwrotny. A potem to już jest bardzo ciągły proces. Ja na przykład wiem, że sporo swoich zachowań czy myśli, czy odczuć i reakcji zmieniłem, i nie wiem, kiedy to się stało.”

Wiktor Osiatyński – jak sam o sobie mówił – był trudnym i niełatwym w kontaktach człowiekiem. Miał swoje zdanie, złościł się jak ktoś miał inne, klął, lubił się publicznie pokazywać, celebrował swoje wykłady, był elokwentny, miał tendencję do nawracania i pouczania innych, słowem – lubił błyszczeć. Miał tego świadomość. W Litacji tak pisze:
„Wciąż JA. Egocentryzm i egoizm. Jestem jak dziecko, które domaga się stałej uwagi, całkowicie skierowanej na mnie. Myślenia o MNIE, opiekowania się MNĄ. Muszę z tym skończyć, usunąć się z centrum wszechświata […]”.

Alkoholizm nie był jedynym jego uzależnieniem. Publicznie oprócz alkoholizmu przyznawał się do nikotynizmu, pracoholizmu, seksoholizmu, obżarstwa, hipochondrii i do współuzależnienia . W 10. roku swojego trzeźwienia, napisał kapitalny tekst opisujący jego samego, jego uzależnienia i walkę ze swoimi nałogami:

„Proklamacja narodzin 6 lutego 1945 wbrew przeciwnościom urodził się W. został wyposażony przez Siłę Wyższą w piękne, harmonijne ciało, twórczy i radosny umysł, potencjalną zdolność do podejmowania osądów moralnych na swoje potrzeby oraz w energię duchową, która pozwala mu kochać i łączyć się bezpośrednio z wszystkimi innym bytami, z Siłą Wyższą włącznie.

Został on obdarzony wrodzoną wartością i godnością, które pozwalają mu dumnie kroczyć z wyprostnymi ramionami, stawać twarzą w twarz z innymi ludźmi, patrząc im prosto w oczy, a także stawać przed Siłą Wyższą w modlitwie, medytacji lub w przypadkowej myśli, bez klękania przed nią. Nie musi uzasadniać swego istnienia ani przepraszać za swoje potrzeby, uczucia, myśli i uczynki. Z racji swego istnienia należy mu się szacunek i bezwarunkowa miłość.

Został on wyposażony przez Siłę Wyższą w pewne niezbywalne prawa, w tym prawo do życia, do rozwijania wszystkich swoich twórczych zadatków oraz do udziału we wszelkich swoich twórczych zadatków oraz do udziału we wszelkich decyzjach, które mają go dotyczyć. Wśród tych praw znajdują się również prawo do zdrowia fizycznego, psychicznego i duchowego; prawo do robienia tego, co chce, w tym także do nierobienia niczego; prawo do wypoczynku, do radości i wesołości; prawo do tego, by znać i wyrażać swoje potrzeby i uczucia, w tym prawo do płaczu, złości i lęku; a także prawo do wyznaczania i zmieniania granic, które ochronią jego osobę i niezależność przed niepokojem przez innych.

Po to, by móc realizować własne potrzeby oraz potrzeby innych ludzi, został wyposażony w możliwość poznania i szanowania praw innych. W tych granicach nie ma on żadnych zobowiązań i obowiązków oprócz tych, jakie sam dobrowolnie podejmie. Jest odpowiedzialny tylko za siebie, a nie za innych. Ma znać te prawa i wolności oraz bronić ich, bo tylko dzięki temu będzie mógł stać się odpowiedzialny za własne życie.

List do swego uzależnienia
Drogi uzależniony, także znany jako W.
Chcę ci podziękować za to, że byłeś ze mną i służyłeś mi przez tak wiele lat. Pomogłeś mi ukryć przed samym sobą poczucie porzucenia i odrzucenia, wstydu i krzywdy, poczucie winy i samotności. Pomogłeś mi przetrwać. Przejąłeś kontrolę nad moim ciałem, umysłem i wolą oraz duchowością; każde z nich szukało jakiegoś kierunku, a ja nie byłem zdolny, by trzymać stery.
Posiadłeś mnie, żeby mi służyć, ale także po to, bym ja służył twoim własnym celom. Byłeś dobrym sługą, ale kosztownym. Z czasem cena stała się zbyt wysoka. Dziesięć lat temu postanowiłem się ciebie pozbyć. Udało się, przynajmniej tak myślałem.

Ale ty, łącząc w sobie cechy kameleona i hydry, przechytrzyłeś mnie. Zmieniałeś skórę. Kiedy pozbyłem się ciebie w postaci alkoholika i seksoholika, trwałeś przy mnie pod postacią nikotyny. Znów się ciebie pozbyłem, ale pojawiłeś się raz jeszcze w postaci jedzenia. Zniewoliłeś mnie poprzez tysiące wymówek, małych zwycięstw, na jakie mi pozwalałeś tylko po to, by powracać ze zdwojoną siłą w postaci nocnego obżarstwa.
Aż wreszcie przyjechałem do Sierra Tucson, by zmierzyć się z tobą i dowiedzieć się, jak można ciebie pokonać. Ale kiedy myślałem, że jestem na dobrej drodze, pokazałeś mi inne głowy. Ze zdumieniem dostrzegłem, że były to wartości, którymi się szczyciłem i które najbardziej ceniłem w życiu. Zdolność współczucia i poświęcenie dla innych okazały się współuzależnieniem. Wrażliwość – niezagojonymi ranami dorosłego dziecka z zaburzonej rodziny. I wreszcie praca – potrzebą uzasadnienia mojego prawa do istnienia poprzez niekończącą się liczbę zadań, jakie sobie narzucałem, będąc niewolnikiem nigdy nie opuszczającej mnie myśli o tym, co jeszcze muszę zrobić.

Wiem, że dostałem cię wraz z samym życiem od moich rodziców jako umiejętności do przetrwania. Raz jeszcze dziękuję ci za to, że pomogłeś mi przetrwać. Nie gniewam się na ciebie. Nie żałuję przeszłości ani nie chcę zatrzasnąć za nią drzwi. Ale już po prostu ciebie nie potrzebuję. Uzyskawszy kontakt z Siłą Wyższą oraz słuchając mojego wewnętrznego głosu, sam mogę usiąść za kierownicą i kierować swoim życiem dla własnego dobra. Już nie muszę niechętnie wstawać do tych wszystkich zadań, jakie sobie narzucałem. Mogę budzić się chętnie do samego życia.

Wiem, że nie mogę cię zniszczyć i całkowicie się ciebie pozbyć. Wiem, że od czasu do czasu będziesz pokazywał jakąś głowę. Mam nadzieję, że wtedy to ja będę ciebie wykorzystywać, a nie ty mnie. Odtąd staniesz się wskazówką mojego zdrowia duchowego i wewnętrznego pokoju. Właśnie uczę się, by sobie z tobą poradzić, gdy tylko się objawisz jako nieznacznie podwyższona temperatura, zanim rozwiniesz się w poważniejszą chorobę.
Twój W.”
Na ten list Wiktor odpowiedział sobie z punktu widzenia uzależnienia:
„Drogi W.
Jestem twoim alter ego, tobą uzależnionym. Właśnie przeczytałem twój list pożegnalny. Dziękuję za słowa wdzięczności. Trudno mi jednak zaakceptować całkowite zwolnienie po tak wielu latach wiernej służby.
Rzeczywiście rozszyfrowałeś mnie całkiem dobrze, rozpoznając wiele moich głów. Te, które znasz, mogą znów się pokazać. I mimo że możesz być ich świadomy, będą czekać na tylnym siedzeniu na chwilę twojej słabości i zaatakują, gdy będziesz zmęczony, zły, głodny albo samotny. Twierdzisz, że będziesz wiedział, kiedy to nastąpi, a gdy tylko powiedzą słowo, będziesz potrafił obronić się, czerpiąc siły w twoich nowych sił żywotnych – Siły Wyższej i twego wewnętrznego dziecka. Życzę ci, by ci się to udało.
Ale ja wcale się nie poddaję. Zaczynam dla ciebie tworzyć nowe głowy, których nie znasz i z których działania nie będziesz zdawać sobie sprawy. Zresztą zasiałem ziarna już podczas twego poczęcia i w twoim dzieciństwie. Teraz zacznę je hodować, gdy ty będziesz zajęty obcinaniem moich starych głów.
Pragnąc, by nasza współpraca była trwała i przyjazna, przesuwam się coraz bliżej ku twemu wyższemu ja. Znasz historię doktora Jekylla i pana Hyde’a. Myślisz, że jestem panem Hyde i że możesz mnie zahibernować, pilnując, żebym się nie obudził z długiego snu. Nie zapominaj, że już wiele razy tak robiłeś – z alkoholem, papierosami, seksem, kawą i Bóg wie z czym jeszcze. Ale udało mi się stworzyć w głowie w głowie doktora Jekylla zarodki nowych Hyde’ów – obżartucha, współuzależnionego, pracoholika, uzależnionego od różnych zajęć. Z nich już wyrośli kolejni Hyde’owie.
Tak więc uważaj. Bo ja wcale nie jestem Hydem. Jestem częścią doktora Jekylla tak samo jak ty. Czasem nawet nie zdajesz sobie sprawy, że bywam najcenniejszą częścią doktora Jekylla – jego inteligencją, mądrością, jego wykształceniem i karierą, jego umiejętnościami socjalnymi i jego poświęceniem dla innych. Toteż spodziewam się już niedługo spotkać ciebie właśnie w tobie.”
I kolejna odpowiedź:
„Drogi przyjacielu,
Przeczytałem twój list. Dziękuję. Muszę powiedzieć ci coś ważnego. Czytając twój list, wcale się nie bałem. Czułem spokój i radość. Tylko trochę żałowałem, że aż tak dużo czasu potrzebowałem, by się wszystkiego o tobie dowiedzieć.
Wiem o doktorze Jekyllu od dawna, od kiedy musiałem sobie poradzić z panem Hyde’em alkoholikiem. Przechytrzyłeś mnie wtedy, zastępując go uzależnieniem od zadań. Wiem również, że tkwisz wśród moich najcenniejszych wartości, które rozwijałem mniej więcej od dziesiątego roku życia. Ale nie masz dostępu do mnie jako czteroletniego chłopca, odważnego, ciekawego świata, uśmiechniętego i szczęśliwego. To właśnie jest moja ostateczna obrona przed tobą – moje dziecko wewnętrzne, istniejące zanim ty zniewoliłeś mnie, starszego mnie. Myślałeś, że nie mam do niego dostępu inaczej, niż przechodząc przez pokłady doświadczeń i mechanizmów obronnych, jakie mi zaszczepiłeś. Ale teraz po zrobieniu ósmego i dziewiątego kroku oraz po zwróceniu wstydu tym, którzy mi go wpoili, uzyskałem – z pomocą Siły Wyższej – bezpośredni dostęp do niego. I on będzie bronił mnie przed tobą.
Wiem, że nie uda mi się to w pojedynkę. Spotkałem jednak wielu ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia; oni mogą mi pomóc i potrzebują mojej pomocy. I nawet jeśli tkwisz we mnie, nie ma ciebie w mojej postaci w żadnym z nich. Dzięki temu oni mogą mi pomóc cię dostrzec i bezpiecznie utrzymać na tylnym siedzeniu.
Żegnaj mój sobowtórze. Do zobaczenia. Będę się czasem oglądać na ciebie znad kierownicy po to, by wykorzystać cię dla mojego zdrowia i dalszego rozwoju.”

Myślę, że te listy przejdą, jak już nie przeszły do klasyki AA-owskich tekstów.
Wiktor Osiatyński był zagorzałym orędownikiem filozofii Anonimowych Alkoholików. Był prekursorem propagowania tej filozofii w jej oryginalnym amerykańskim wydaniu i pierwszych w Europie Środkowej i Wschodniej programów leczenia alkoholików opartych na tej filozofii. To on tłumaczył Wielką Księgę i inne AA-owskie teksty, to dzięki niemu tzw. program Minnesota mógł zaistnieć w Polsce. Dzięki jego zaangażowaniu, trosce i upartości polski odwyk, który w latach 70. I 80. ograniczał się tylko do detoksu i ergoterapii ruszył z miejsca i zaczął przybierać standardy amerykańskie i zachodnie. Miał za złe co niektórym psychologom, że ci wiedzą lepiej. Tak o tym mówi w/w wywiadzie:
„[…] psychologowie całkowicie zdominowali leczenie odwykowe, wprowadzając jakieś skomplikowane mechanizmy iluzji i zaprzeczeń czy wydrążonego ja. To jest właściwie niezrozumiałe i dla świata trochę pośmiewiskiem, ale tym ludzie też się leczą. A przede wszystkim bardzo dużo ludzi trzeźwieje w AA. Choć najlepsze są ośrodki, gdzie stosuje się model połączony, to się nazywa model Minnesota – połączenie AA z terapią, która opiera się o te same zasady. Program leczenia alkoholizmu oparty wyłącznie o zasady psychologiczne jest mniej skuteczny, jest bardziej odległy od potrzeb i zrozumienia alkoholika niż program oparty o tzw. model Minnesota i 12 kroków AA. Tylko tyle mówię. I bardzo mi żal, że w Polsce nie ma więcej tych trzeźwych, niepijących alkoholików jako równoprawnych terapeutów leczenia alkoholizmu, bo to bardzo by pomagało, i że w bardzo wielu ośrodkach za mały kładzie się nacisk na współpracę z AA. Tymczasem AA jest doskonałym miejscem, żeby posłać pacjenta po terapii, po to, by tam umacniał swoją trzeźwość.”
To, co najbardziej ujmowało go w filozofii AA, to duchowość. Wiktor stanowczo odróżniał duchowość od religijności i kościelności. Od początku trzeźwienia uważał, że duchowość jest kluczem do wyzdrowienia z uzależnień. Za Ernestem Kurtzem – badaczem AA-owskiej duchowości, twierdził, że rodzimy się z dziurą w duszy, którą niektórzy wypełniają alkoholem, seksem, jedzeniem i innymi kompulsywnymi zachowaniami i w końcu uzależniają się, a recepta na to była już w IV wieku „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” (Św. Augustyn, Wyznania, 2007, s. 25). Wiktor o tym wiedział, choć nie przepadał za naukami św. Augustyna, to tu się z nim zgadzał. Poszukiwał Boga, jakkolwiek Go nie rozumiał, jak lubił powtarzać. Przeszedł długą drogę, by tę pustkę po alkoholu i innych uzależnieniach wypełnić. Czy mu się udało? Nie nam oceniać. Faktem jest, że do końca życia zachował trzeźwość i stał się żywym świadectwem, że można. Ale zanim do tego doszedł minęło wiele lat. W 2012 roku w innym wywiadzie z Marcinem Kowalskim, mówi tak:
„Wiem, że jest Bóg, ale go nie określam. Nie jest to katolicki Bóg z katechizmu. Odróżniam duchowość od kościelności. Chodziłem do kościoła, bo był taki moment, że potrzebowałem posłuszeństwa. Dzisiaj moje oddalenie od Kościoła jest świadomym wyborem, a nie lenistwem czy niechęcią. […] Duchowość jest mi najbliższa. To przeświadczenie, że nie jestem Bogiem, nie jestem w centrum wszechświata. Potrzebuję Boga, żeby pomógł mi odróżnić pomiędzy tym, czego ja chcę, a tym, czego potrzebuję. Jak czegoś mi nie daje lub coś tracę, zadaję sobie pytanie: jakie zawarł dla mnie w tym przesłanie? Co przez to Siła Wyższa chce powiedzieć? Bądź wola Twoja, a nie moja.”

Nie sposób przedstawić całościowo Wiktora Osiatyńskiego w takim, jak ten artykule. Tym bardziej zachęcam do lektury jego książek i wypowiedzi. Nie sposób wymienić wszystkich jego zasług dla Polski, wspólnoty Anonimowych Alkoholików i lecznictwa odwykowego w naszym i innych krajach. Wiktor twierdził, że nie da się całkowicie poukładać człowieka za życia. Na to alkoholik ma całe życie. Tak o tym mówi:
„I kiedy przestałem pić, musiałem nauczyć się żyć. Taki stary, mądry, trzeźwy alkoholik, wtedy miał 32 lata – czyli tyle co ja dzisiaj – trzeźwości, pewnego razu na zajęciach powiedział: a co wy myślicie, że jak pijany skurczybyk przestanie pić, to on się stanie aniołem? On na początek jest trzeźwym skurczybykiem i ma całe życie, żeby to zmienić. Na tym polega ten program AA, który jest pięknym programem rozwoju.”
Ale czego my się możemy nauczyć od Wiktora? Nie odpowiem za innych Dla mnie Wiktor jest świadectwem walki o wolność, zarówno tę wewnętrzną (nałogi, złe przyzwyczajenia), jak i zewnętrzną (niepodległość, demokracja, równość praw). Zgadzam się z tutaj z niejakim Grzesiem Strażakiem, dla którego Wiktor był sponsorem, który mu kiedyś powiedział: „Pomyślałem, że jak taki sukinsyn jak ty mógł wytrzeźwieć – to i ja będę mógł”.
Dlatego myślę, że ławeczka, którą katowiccy AA-owcy chcą ufundować, będzie idealnym miejscem, gdzie będzie można naładować duchowe akumulatory, pomodlić się za niego, innych alkoholików i siebie oraz prosić Wiktora o duchowy sponsoring. Wiktor Osiatyński nie miał wątpliwości, że ludzie ze skłonnością do uzależnień są nadwrażliwi, a że lubił w swoich publikacjach posługiwać się poezją, którą często cytował, więc i ja zakończę poezją, którą dedykuję jemu i innym uzależnionym:

Posłanie do nadwrażliwych
Kazimierz Dąbrowski

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie
Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia
Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie
Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego
Bądźcie pozdrowieni
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami
Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno
Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was
Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą
za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
za samotność i niezwykłość waszych dróg
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi.

Jacek Wyciślok

 

 

Copyright © 1995-2011 Park Śląski